sobota, 29 czerwca 2013

Like a gun in hand 6

So... Co wy powiecie na to, że to już ostatni post pisany właśnie w taki sposób? To znaczy, że postaram się ograniczyć wszelkiego rodzaju opisy, dać nieco więcej dialogów i... No i napisać coś w taki sposób, żeby wam pasowało? Bo doskonale wiem, że nie każdemu chce się czytać tak długie opisy, więc... Życzcie mi powodzenia! <3 Kocham was, moje pyśki :3 I dziękuję za takie miłe komentarze. To właśnie one pomogły mi w dalszym pisaniu :3 Nie przedłużając... Enjoy!

Rozdział dla 





[Frank]



      Chwilę po tym, jak dość pewna siebie i swoich słów kobieta postanowiła dać mi trochę czasu na przemyślenie proponowanej, czy wręcz narzuconej oferty, jeszcze ciemniejsze, bardziej niebezpieczne, burzowe chmury postanowiły skupić się w dość sporym gronie głównie nad tym urokliwym małym miasteczkiem, pokrywając zupełnie całą widoczną powierzchnię zwykle nieskazitelnie błękitnego nieba. Słabe, podłużne promienie jakiegokolwiek światła, dokładnie za nimi schowane ledwie przebrnęły przez niesamowicie grubą warstwę szarego puchu, jednocześnie dając nikły blask na małe kawałki dróg. Drobne krople słodkiej wody, bądź też naprawdę mikroskopijnych kryształków lodu, po chwili zwłoki zaczęły z wolna spadać na brudne, niezadbane chodniki, zalewając pobliskie okolice najpierw delikatną mżawką, a następnie mocną, intensywną ulewą, wciąż bezustannie przybierającej na już ogromnej sile. Brukowana kostka, jaką wyłożone zostały niemal wszystkie ulice zazwyczaj słonecznego Newark, najbardziej narażona na działanie różnych czynników pogodowych nabierała coraz to nowszych, średniej wielkości plam, które zlewały się z kolejnymi, nieco przyciemniając jej wcześniejszą barwę. Spore kłębki kurzu, unoszące nad wszelkiego rodzaju otworami kanałów, prowadzącymi wgłąb cuchnących starymi odpadami terenów położonych niezwykle nisko pod ziemią, teraz mogły spokojnie wypełznąć z wszelkiego rodzaju piwnic, czy suteren, aby zaraz potem zostać unicestwione przez bezwzględny, stosunkowo rzadki opad. Szkodliwe pyły, spaliny wytwarzane przez ogromną, przerażającą ilość samochodów, dzielnie brnących naprzód nawet w początkowym stadium ulewy, osiadały na obszernych dachach mieszkań, lub pozostałych zabudowań, póki deszcz nie postanowił zmyć ich znów do ciemnego wnętrza ziemi. Wszystkie żyjące istoty, wliczając w to również zarówno mniejsze, jak i większe zwierzęta po długich wędrówkach postanowiły wreszcie wrócić do swoich ciepłych domów, tym samym chroniąc przed nadchodzącą nawałnicą. Niewielkie, zielone roślinki, czy kolorowe kwiaty, kwitnące na koronach dużych, nad wyraz rozgałęzionych drzew schowały swoje cenne płatki do wewnątrz, aby nie uległy jakiemukolwiek urazowi podczas przyszłej, ogromnej burzy, lecz kilka z nich było po prostu zbyt słabe... Ich aksamitne "ubranka" z lekkością opadły na wilgotną ziemię. Różnej marki samochody, pozostawione bez jakiejkolwiek opieki na ulicach, gdyż właściciele postanowili jak najszybciej wrócić do ciepłego domu, pozostawiając swoje skarby na pastwę losu, idealnie odbijały w standardowo przeźroczystych, bądź też przyciemnionych szybach dokładnie kopie otoczenia, które... na obecny moment przypominało bardziej nieco ubogi w roślinność, mały deszczowy lasek na obrzeżach większej lokacji, o wiele za bardzo "podlany" przez dzisiejszy potop. W połączeniu z kropelkami wody, spływającej po namacalnie gładziutkiej powierzchni, świat wydawał się być trochę bardziej rozmazany, niźli zazwyczaj. Jakby... jakby płakał nad losem ludzi doszczętnie pozbawionych choć odrobiny szczęścia, którzy dotknięci nieświętą ręką samego szatana, lub innej siły wyższej naraz zostali pozbawieni całego dorobku swojego życia. Zasmucony ówczesnym, nędznym istnieniem wielu osób o różnych stopniach społecznych, nie potrafił powstrzymać bardzo głębokiej rozpaczy, nasilającej wraz z każdym kolejnym, przepełnionym okropną rozpaczą dniem, co równe było z ciągłym, niepohamowanymi ogromnymi wylewami łez. A pośród dudniącej, nieprzerwanej muzyki tych gorzkich żali można było usłyszeć cichy szloch... szloch chłopca, który nie chciał zostać zauważony. Który preferował pozostać w swoim prywatnym ciemnym kąciku, nie wychylając dalej, niż na kilka małych kroczków.
      Płacz był oznaką istotnie krótkiego, lecz jakże rzeczywistego momentu nadzwyczajnej słabości, w którym wszystkie, nawet te złe, najgłębiej skrywane gdzieś w ciemnej, ogromnej skrzyni uczucia jakąś fenomenalną, zdumiewającą mocą otwierały ciężkie, mosiężne wieko owego kuferka, jednocześnie wypływały z gigantyczną prędkością na zewnątrz. Pojemnik, w jakim dotychczasowo pomieszkiwały, czekając na najbardziej odpowiedni moment, aby znów móc użyć swojej ogromnej potęgi do zwyczajnej zabawy z ludzkimi emocjami, pod wielkim ciśnieniem do tej pory utrzymywał je wszystkie w ryzach, nie pozwalał żadnemu z nich na ucieczkę, ponieważ z łatwością mógłby zatruć chwile szczęścia i totalnej beztroski, jednak... Jednak one, czarne niczym niebo w pochmurną noc, brudne, skalane czystym złem, gromadząc w jednym miejscu przez dłuższy okres czasu, zbierały siły na ucieczkę, aby w końcu wydostać się z ciemnego więzienia, gdzie pozostawały nieco więcej, niż zostało to dopuszczone. Przecież gdy człowiek jest naprawdę szczęśliwy odkłada w bok nieprzyjemne sprawy, nie martwiąc o nie, lecz ciesząc wspaniałymi sekundami radości. Że może podzielić ją pomiędzy swoich wiernych przyjaciół, dalszych kolegów, bądź najbliższą rodzinę. Po prostu przelać na nich całą nagromadzoną, pozytywną energię i wciąż pozostawać tak samo pogodnym, jak wcześniej, aczkolwiek straszliwe, odrzucone afekty nie dają możliwości zapomnienia o nich na wieki... Kiedy tylko wesołe, jasne dni, pokazane przez różowe okulary, lekko przycichną, pozostawiając jedynie niewielką namiastkę nieopisanej uciechy, właśnie te gorsze od pozostałych uczucia wychodzą na zewnątrz, psując wszystko napotkane na długiej, krętej drodze do celu. W istotnie krótkim odstępie są w stanie przeobrazić każdy piękny kwiat w niezbyt urodziwy chwast, każdy uśmiech w potworny grymas, już od początku zwiastujący wyłącznie negatywne rzeczy. Każdy sentymentalny, miły gest zmienić w coś okropnego, co z pewnością nie było zamierzonym czynem. Po prostu... unicestwić wszelką drobinkę radości, jaka jeszcze pozostała w człowieku.
      Wąska uliczka, zamieszkiwana jedynie przez zwyczajne, szare szczury, czy też pozostałe żyjątka nie została jeszcze całkowicie zalana przez ulewny deszcz, nieprzerwanie od kilku dobrych minut spadający z ciemnego, ponurego nieba. Dzięki dużej liczbie szyldów reklamowych dość sporych rozmiarów, przeróżnych drewnianych belek, oraz innych metalowymi konstrukcjami, mających na celu podtrzymanie jakże wiekowego, nieco zniszczonego budynku, krople słonej wody przedostawały się na ziemię w naprawdę niewielkich ilościach, przez co większość tamtejszego terenu była zupełnie sucha, bądź lekko wilgotna. Również kaptur, jaki zaraz po odejściu kobiety mocno nacisnąłem na głowę przepuszczał wyłącznie zimne, porywiste, choć niezwykle rzadkie podmuchy jesiennego wiatru wraz z niezbyt przyjemnym zapachem wielu litrów przeróżnego rodzaju odpadków, częściowo w postaci brudnych, starych ubrań, nieświeżej już żywności i odchodów pobliskich zwierząt. Owy nieprzyjazny dla nosa aromat ciągnął swoistą, bezbarwną, aczkolwiek łatwo wyczuwalną mgiełkę od samego początku przejścia do jego końca, zatrzymując się w miejscu, gdzie wiele samochodów osobowych oraz różnych ciężarówek, czy też tirów przejeżdżało niesamowicie ruchliwą drogą, sprawiając, że wytworzone, silne masy powietrza wywiewały ten jakże okropny smród gdzieś daleko w pustą przestrzeń nad głowami mieszkańców. Znikał on wolno w gęstej mieszaninie gazów, jakimi oddychaliśmy każdego jednego dnia, jednak nie przestawał istnieć, wciąż nieprzerwanie od kilku lat zatruwając płuca wszystkich ludzi. Mimo niewyczuwalnej dla nosa, niemożliwej do ujrzenia na własne oczy konsystencji on był ukryty wysoko zarówno w białych, puszystych obłoczkach, jak i tych mniej przyjaznych, ciężkich chmurach. Wraz z następującymi ulewami z powrotem spadał na ulice, chodniki, rośliny, stale powodując coraz to nowsze choroby, bądź zatrucia. Dlatego właśnie do małego Newark przyjeżdżało naprawdę niewielu turystów, osób zainteresowanych tutejszą historią, lub innych ciekawskich, chcących poznać zakątki tego urokliwego miejsca. Przeważnie omijano je szerokim łukiem, natomiast najbliższa autostrada została wybudowana setki metrów od głównego wjazdu. Właśnie poniekąd przez czynniki atmosferyczne, brak jakichkolwiek obcych na terytorium, całkowitą prywatność, najniebezpieczniejszej z groźnych utworzyli nocne organizację, jakie obrały sobie za cel natychmiastową likwidację problemów zagrażających społeczności. Zdanie lokalnych władz miało znaczenie wyłącznie, kiedy słońce górowało wielce nad horyzontem, posyłając radosne uśmiechy w możliwe strony świata, jednocześnie ogrzewając wcześniej chłodny klimat. Niemniej w chwili, gdy złocista gwiazda powoli niknęła za widnokręgiem złożonym z wielopiętrowych budynków, małych gór, wysokich drzew, do akcji wkraczali przeciwnicy, ustalając swój własny światopogląd. Pora, w której światło wnet ulegało autodestrukcji, a blady, jasny księżyc zatapiał pobliskie obszary w srebrzystym blasku przez "wtajemniczonych" stała się czasem zniszczenia, licznych morderstw oraz... ogromnego strachu.
      Nadzwyczajny stres, spowodowany przez niedawno zaistniałą, dość sztywną sytuację, nadszedł niemal od razu po odejściu wysokiej, brązowowłosej kobiety z przyciemnionej uliczki, sprawiając rzeczywiście wiele problemów, uniemożliwiających dalsze funkcjonowanie w niezbyt bezpiecznym, podporządkowanym wszelkiej maści złodziejom miejscu. Napięcie powoli, acz skutecznie opuszczało dawne stanowiska w mięśniach, gdzie zmuszało je do pozostania w całkowitej gotowości na wszelki wypadek, wędrując w dół aż do łokci, palców u rąk i jeszcze nieco niżej wprost w stawy. Moje kolana, zupełnie nieodporne na tego typu rzeczy z każdą kolejną sekundą stawały się coraz bardziej miękkie, a co za tym szło, z wielką trudnością stawiałem następne kroki na twardym, wilgotnym podłożu. Gorsze, niż jeszcze chwilę temu warunki pogodowe nie sprzyjały w dalszym podążaniu do obranego celu. Rzęsista chmura deszczu co sekundę przesłaniała moje pole widzenia, całkowicie zasłaniając obraz na ścieżkę, jaką musiałem podążać, aby wreszcie móc wyjść z pełnej odpadków oraz nieprzyjemnych zapachów uliczki. Oczy, już tak bardzo zmęczone usilnymi próbami rozpoznania terenu, lekko zamazywały dotychczasowy obraz, tworząc na nim jakby małe, przeźroczyste smugi, dodatkowo utrudniające poruszanie się po nierównym chodniku, natomiast czarne źrenice, próbując dostrzec cokolwiek, w pełni przysłaniały brązową barwę tęczówek. Niestety, z każdym następnym działaniem, mającym na celu wydostanie z tego przeklętego miejsca, moje nogi zahaczały o bliżej nieokreślone przedmioty, z ledwością powstrzymując ciało przed bolesnym upadkiem. Światło, wiodące mnie przez niezliczone sterty śmieci oraz pozostałych resztek najróżniejszych obiektów, zdawało się niknąć pod osłoną gęstej smugi rzęsistego deszczu, a jego ostatnie promienie niemal już przepadły z pola widzenia, ostatkiem sił oświetlając fragmenty   wilgotnych ścian.
      Dalej, Frank... Przecież jesteś blisko swojego celu...
      Ciemna postać, stojąca na środku ulicy majaczyła mi przed oczami, raz będąc w jednym stałym miejscu, natomiast za ułamek sekundy z prędkością światła zmieniając dotychczasowe położenie. To nadzwyczaj denerwujące doznanie doprowadzało moje zszargane przez najróżniejsze czynniki nerwy do niemożliwego ich napięcia, w wyniku czego ból głowy spowodowany niemym, uciążliwym stukaniem małych, ale jakże obfitych drobinek deszczu o wszystko dookoła, zwiększał potęgę o kolejne kilka stopni. Nieodparte, nad wyraz prawdziwe wrażenie, jakby owe słone krople o ostrych zakończeniach wciąż przechodziły przez skórę na całym ciele, raniąc każdy fragment kruchej powierzchni, głównie właśnie okolice czaszki, nagle stało się wprost nie do zniesienia, toteż błyskawicznie zakryłem uszy dłońmi, aby choć przez moment uchronić je przed tym okropnym oddźwiękiem. Bez ustanku narastające uczucie wszechogarniającej senności z następnymi, dłużącymi sekundami było coraz wyraźniejsze... Silne, niczym wysoka, potężna góra wręcz żądało o poświęcenie mu odrobiny uwagi, zmuszając do wykonania postawionych żądań poprzez całkowite zmącenie spokoju oraz otumanienie umysłu. Jakaś prawie niewidoczna, przeźroczysta, acz jednak lekko mętna, cieniutka mgiełka typowej apatii w stosunku do otoczenia, zobojętnienia do wszystkiego, co ma aktualnie miejsce, obejmowała swoimi mrocznymi szponami względnie mały obszar dookoła mnie, aby wszelkie problemy, obecnie zaprzątające mi głowę poszły w całkowitą niepamięć, a pozbawione sensu myśli odeszły daleko stąd... bym wreszcie oddał się w jej ramiona, zasypiając. Dzięki specjalnym właściwościom bez najmniejszego problemu potrafiła obezwładnić obrany cel w przeciągu kilku krótkich minut. Ta bezwonna otoczka atakowała z ukrycia, po cichu i absolutnie profesjonalnie. Nikt przecież nie mógł przewidzieć, że senność dopadnie go w takim, a nie innym, jeszcze bardziej nieodpowiednim momencie, prawda? Dlatego ofiarami padały zazwyczaj osoby o niezbyt odpornej psychice, bądź dopiero naruszonej przez jakieś traumatyczne, potworne wydarzenie. Ja również dałem się złapać w jej niewidzialne sidła i teraz nie dostrzegam żadnej drogi ucieczki... wyjścia ewakuacyjnego, dzięki któremu niepożądane obrazy zniknęłyby z mojej głowy, natomiast nawołujące głosu ucichły na zawsze. W obecnym momencie tworzyła przed moimi oczami przedziwne, nieco niewyraźne wizje, starając z całych swoich sił pozbawić zdrowego rozsądku. Doskonała świadomość, że i tak byłem już bardzo bliski szaleństwa napawała ją niezwykłą dumą, jaka tylko nadawała większych chęci do dalszej pracy.
      Nie ma odwrotu...
      Bardzo niewyraźne, niemal niewidoczne kontury tajemniczej figury, wyglądem przypominającej budowę dorosłego, dobrze zbudowanego mężczyzny, postanowiły spłatać ogromnego psikusa, rozmazując wcześniej wyraźne linie przy każdym poruszeniu głową, czy choćby najmniejszym, delikatnym mrugnięciu. Dzięki jego postawnej sylwetce, szerokich ramionach oraz wąskich biodrach, tak świetnie opinanych przez czarny, długi płaszcz, z łatwością potwierdziłem płeć owej postaci. Stał on nad wyraz prosto, od pewnego momentu wyłącznie w jednym i tym samym miejscu, a jego wyprostowana niczym linijka ręka, wskazująca kierunek na zachód również pozostawała nienaruszona. Nawet najmniejszy ruch wskazującego palca pozostawał niezwykle dokładnie maskowany przed czujnym wzrokiem, bądź w ogóle go nie było. Zbyt duży natłok poważnych informacje, przecinających moją głowę na wskroś wyraźnie dawał do zrozumienia, iż coś rzeczywiście jest nie w porządku. Istotnie zbyt długo ten podejrzany człowiek nie wykonał ani jednego działania, związanego choćby z oddychaniem. Na tle wciąż szalejącej ulewy trudno ujrzeć, czy jego obszerna klatka piersiowa unosiła się charakterystycznie w górę, czy może spoczywała, natomiast on sam nie wykazywał potrzeby pobierania życiodajnego dla zwykłych ludzi tlenu. Wcześniej wspomniany, ciemny jak noc, niezwykle długi, sięgający niemal do kostek płaszcz szczelnie opinał jego zgrabne ciało, jednocześnie delikatnie powiewając w prawo, w stronę gdzie dłoń owinięta skórzaną rękawiczką wskazywała coś, czego na razie nie byłem w stanie dostrzec. Za sprawą lekkich, jednak bardzo częstych podmuchów zimnego, jesiennego wiatru, nieznacznie kręcone kosmyki włosów z gracją falowały w powietrzu, wykonując przeróżne akrobacje. Niektóre z nich, lecąc wyżej, lub w bok, odkrywały fragment jego nieskazitelnie bladej, porcelanowej twarzy o znajomych, męskich rysach. Oczywiście, wrażenie, iż jednak skądś je kojarzyłem nie opuszczało mnie od chwili ich ujrzenia, lecz przypomnienie sobie gdzie poprzednio spotkałem osobnika o podobnej buzi w tym momencie graniczyło z wielkim cudem. Zwłaszcza, kiedy tajemnicza postać wykonała pierwszy krok w przód, a moje kolana, nie wytrzymując tak ogromnej presji, ugięły się pode mną, zaś świat zalał potok wszechpotężnego mroku.

   - Frank... Frank... - ktoś zupełnie mi obcy głośno i wyraźnie nawoływał moje imię, nie szczędząc przy tym swojego gardła, jakie prawdopodobnie zdzierał przez każde słowo, wypowiedziane niemal czystym wrzaskiem młodej kobiety napadniętej w nocy przez gwałciciela. Odległy, a jednocześnie tak bardzo bliski ton, pochodzący nie z tego świata zdawał się świetnie bawić, wyprowadzając mnie z wcześniej niezachwianej równowagi oraz letargu. Miałem wrażenie, iż ów nieznajomy za jednym razem krzyczy wprost do ucha, a następnie cicho szepcze, jakby jego głos ledwo wytrzymywał, niemo zawodząc i płacząc. Aczkolwiek właśnie on był jedynym punktem zaczepienia... umożliwioną drogą do wyrwania się z czeluści otchłani, w jaką niefortunnie wpadłem zaraz po zamknięciu oczu. Stanowił podparcie, długa, mocną linę, czy też pomocną dłoń, wyciąganą w potrzebie. Ja wiedziałem, że jest dobry... niemniej nie dane zostało mi poznać jego właściciela. Ciemność zamknęła swoje kręgi, w jednoczesnym czasie otaczając zarówno mnie całego jak i wszystko dookoła.
      Tylko dlaczego nie potrafiłem sobie przypomnieć z jakiego powodu słyszę te dziwne dźwięki?

6 komentarzy:

  1. Cherry, Ty doskonale wiesz, że ja kocham te Twoje długie, przepiękne opisy! <3 Jednak cieszę się, że trochę je ograniczysz, ponieważ czasem naprawdę trudno jest się skupić i można stracić wątek lub po prostu zapomnieć o tym, co działo się w poprzednich akapitach. Dobrze też, że wprowadzisz więcej dialogów. A tak poza tym, to rozdział dosyć krótki jak na Ciebie, ale jak zawsze świetny!

    xoxo ~~ Fun Ghoul

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS U mnie pojawił się nowy rozdział :3

      Usuń
  2. *płacze rzewnie* Odnoszę wrażenie, że jeszcze w życiu nie czytałam tak długiego opisu pogody XDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD Jebłam dosłownie. No ale... jestem ciekawa, co się stało, bo nie ogarnęłam zbytnio. Ale mam nadzieję, że wyjaśnisz to szybko i w następnej części dasz dialogi jakieś... przynajmniej tycie *błaga, słaniając się na kolanach*.

    + Boże... Ten rozdział to czyta pornografia XD Ja się dziwie, że za ten opis pogody nie zawiesili Ciebie wtedy w prawach ucznia :DDDDDD Same seksy :V

    Weny, kochanie ♥

    OdpowiedzUsuń
  3. Kochana... te opisy... nie wiem, co o nich właściwie sądzić. Piszesz je świetnie, realistycznie, i w ogóle wspaniale, ale z drugiej strony... ich rozległość mnie przytłacza ._. naprawdę, czasem tracę wątek i zapominam, co się działo. Więc ślicznie proszę... nie dawaj tak wielkich opisów, dialogów troszkę więcej... nie żebym się narzucała, lecz dla mnie Twoje opisy są po prostu męczące.
    Noo, poza tym... rozdział świetny, zwłaszcza zakończenie. Jesteś mistrzynią w takich ponurych, tajemniczych zakończeniach <3 ciekawi mnie, kim jest ten mężczyzna z uliczki...
    Czekam na następne materiały i kolejny rozdział "And if they get me", bo czekam i się doczekać nie mogę xD ^^
    Życzę mnóstwa weny i udanych wakacji ^^ zapraszam też do mnie na nowy rozdział.
    xoxo :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Nadrobiłam. :D
    Oj, dziękuję Ci. To moja pierwsza w życiu dedykacja, a tu jeszcze przy takim opowiadaniu - podwójna przyjemność. c:
    Cóż, opisy, opisy... Są cudowne, naprawdę genialne. Jedyny problem to to, że jest ich po prostu zbyt dużo. Czytając to short story musiałam przerwać po trzech częściach i dokończyć resztę następnego dnia, bo zwyczajnie mózg mi wysiadał. Opisy są po to, by trochę spowolnić akcję, jednak tutaj akurat one spowalniają ją aż za bardzo, przez co strasznie ciężko jest ogarnąć o co właściwie chodzi w danej scenie. Co nie zmienia faktu, że piszesz je w naprawdę niezwykły i wciągający sposób. Po prostu musisz je sobie rozłożyć w taki sposób, by nie męczyły czytelnika, tylko stanowiły drobną odskocznię od akcji - a na razie jest na odwrót (akcja jest odskocznią od opisów).
    Jako że wcześniej nie komentowałam, odniosę się najpierw do całości opowiadania, które jest naprawdę ciekawe. Pomysł bardzo dobry i... Przestań już męczyć mnie tym przeciąganiem, tylko pisz, co będzie dalej. Like a gun in hand jest dla mnie miłym zaskoczeniem i aż żałuję, że nie przeczytałam tego wcześniej.
    Co do tej notki - mnie wcale nie wydaje się zbyt krótka, a taka w sam raz. Zakończenie sprawia, że tylko siedzę i słaniam się na krześle ze zniecierpliwienia na pojawienie się kolejnej części. Nie mogę się doczekać, kiedy wyjaśnisz nam, co tak właściwie wydarzyło się w tej uliczce i mam nadzieję, że nie będziemy musieli czekać długo. (:

    Przez Ciebie w kółko siedzę na akinatorze. xdd

    OdpowiedzUsuń
  5. NO WEŹ NO.
    Chcesz mnie zabić czy jak? (weź nie wysyłaj Franka na mnie)(chociaż jemu to i dałabym się zabić)(jeszcze bym się pewnie cieszyła z tak pięknej śmierci)(bo wyobraź sobie w ostatnich chwilach życia widzieć przed oczami tą absurdalnie piękną twarz...)(to nie powinno być takie podniecające)
    Zgubiłam wątek. Lecę dalej.
    MEGA.
    xo

    OdpowiedzUsuń