piątek, 18 stycznia 2013

Rozdział 9

 No siemka :P Sorka, że tak późno, ale no...Musiałam dokończyć...Taa...Cały tydzień mi nie starcza :D Ale to przez Darsę xD Pisałam dla was wspólną niespodziankę... Pisałam Edita pod poprzednim rozdziałem o naszym blogu, ale powtórzę w razie czego: No więc wraz z moją ukochaną Darkałkę założyłyśmy wspólnego bloga...Także ten...Zapraszam :D A no i dziękuję za komenty pod poprzednią notką. Kocham i rozdział dedykuje Zoombie i Pameland Oli <3 Dziękuję wszystkim, że jesteście :*
_______________________________________________________

[Frank]

 

      Zostałem delikatnie ułożony na miękkim materacu, jak się domyślam, w pokoju, w którym przeważnie przebywałem. Natychmiast zwinąłem się w kłębek i objąłem brzuch ramionami, chcąc złagodzić ból. Odwróciłem się tyłem do Gerarda, jęcząc cicho.
-Przepraszam. Powinienem był zwolnić.-po tych słowach wyszedł z pomieszczenia, nawet już nie trzaskając drzwiami. Znowu zostałem sam...


      To skomplikowane.
Całe życie jest jakąś naprawdę dziwną mieszanką tajemniczych zdarzeń, pozostawionych bez wyjaśnienia, zagadek nie do rozwiązania przez wybitnego, prywatnego detektywa. Układanką, w której brakuje tylu elementów, iż nie sposób ich znaleźć, a gdy wreszcie się pojawią, byle podmuch wiatru zmiecie je i trzeba zaczynać od nowa. Głównie chodzi o ogólnie pojęcie szczęścia. Różni ludzie mają odmienne definicje bycia wesołym i zadowolonym. Dla dzieci jest to piątka w szkole, dla dorosłych awans, może nowa, lepsza praca...Stajemy na głowie, by wszystko było w jak najlepszym porządku. W końcu zaczyna się układać, mamy czego chcemy, jest jak w bajce, idealnie, aż nieprawdziwie. Jesteśmy zadowoleni z sukcesu, jaki osiągnęliśmy, jednak nie zdajemy sobie sprawy, jakie konsekwencję za sobą pociągnęliśmy. Z każdym kolejnym dniem przybywa ich coraz więcej i niszczą dotychczasową sielankę. Nie ma mowy o litości, nic już nie da się zrobić. Przychodzi ten okres, w którym tracimy to, co najważniejsze. Grube mury odgradzają drogę do celu, sprawiając, że na świecie robi się gorzej i gorzej. Coraz więcej mówią w telewizji o licznych morderstwach, zbrodniach. Człowiek nie dostrzega ile zła ma w sobie, stacza się powoli w dół, wpada w ciemną dziurę i tak naprawdę niewielu z nich z tego wychodzi. A co dopiero, kiedy zwyczajny nastolatek musi rozwiązać masę problemów, jakie na każdym kroku zwalają mu się na głowę. Ja, Frank Iero, z całym szacunkiem stwierdzam, że rodzice mieli mnie totalnie w dupie. Zaraz po śmierci Victora. Mimo, że wiele razy zapewniano mnie o wsparciu umysłowym, duchowym, psychicznym i fizycznym, na dobrą sprawę miałem tylko jednego, dobrego kumpla. Jakoś nigdy nie widziałem, by matka, zaraz po śmierci ojca, zainteresowała się synem. To wręcz śmieszne, by osobą, jaka zastępowała mi rodzeństwo, dziadków i ich wszystkich razem wziętych jest Alan. Dzięki niemu byłem jednym z tych, którzy przezwyciężyli słabości, oszukali los, normalnie funkcjonowali bez narkotyków. I jestem szczęśliwy. Nawet do tej pory, nawet po tym niefortunnym porwaniu. Nie spałem już od dawna. Leżąc na łóżku, prócz bólu, czuje jeszcze coś. Dziwne wrażenie, jakiego nigdy nie powinienem doznać. Bo kto normalny cieszy się z uprowadzenia przed bardzo dziwnego mężczyznę o czerwonych włosach? No właśnie...Tylko ja. Być może dlatego, że chociaż nie zdążyłem go poznać, spodobał mi się jak nikt inny. Sposób mówienia, ton jego głosu...Taki kuszący. Miałem wrażenie, iż tylko na zewnątrz jest taki twardy, na jakiego wygląda. Pokazuje swoją ciemniejszą stronę, by budzić strach wśród wszystkich. Jednak od dziecka byłem dość ryzykowny, a raczej nieporadnie głupi, natomiast sytuacja, kiedy próbowałem latać, tylko utwierdza w przekonaniu, że jestem bezmyślnym idiotą nie cofnę się przed niczym. Pragnąłem poznać go bliżej, zrozumieć charakter, samego siebie, bo chociaż jesteśmy różni, mamy wiele wspólnego. Z początku myślałem, że tej pamiętnej nocy znalazłem się w złym miejscu i złym czasie, jednak po dogłębnej analizie stwierdziłem, iż nie ma potrzeby rzucać takich podejrzeń. Nasze spotkanie było kolejnym następstwem losu i prędzej, czy później musiało się wydarzyć. Oczywiście, przeszkadzał mi jeden fakt zamknięcia w tym cholernym domu, zabranie komórki i ograniczenie kontaktów z przyjacielem. Nie rozumiem jakim prawem w ogólne dotykał mojego maleństwa, które teraz spoczywa sobie na dnie ciemnej szuflady i dzwoni rozpaczliwie piosenką Misfits. A może by wziąć się w garść i odszukać telefon podczas nieobecności mężczyzny? To wcale nie taki zły pomysł, zważając na to, że jest on wampirem, czyli...Wampiry muszą się czymś pożywiać, prawda? Z torebek nie piją, z tamponów herbaty nie robią, więc wybywają na całonocne polowania. A teraz, sądząc po grobowych ciemnościach za oknem, jest noc, czyli mam sporo szans, że akurat zostałem sam w ogromnej posiadłości.
      Zignorowałem bolesne promieniowanie w nodze oraz powoli postawiłem stopy na zimnym drewnie. Dokładnie tak, jak myślałem, chłód bijący od podłogi natychmiast przywrócił mnie do rzeczywistości. Otworzyłem szeroko usta i ze świstem wciągnąłem powietrze, zaciskając zęby. Czułem się, jak potraktowany z liścia na otrzeźwienie, a potem dodatkowo przejechany przez parę ciężarówek, lecz kompletnie nie miałem pojęcia jakim cudem wylądowałem w tym pokoju. Usilnie próbowałem przypomnieć sobie choćby kawałek zdarzeń sprzed paru godzin, lecz jedyne co mi przychodziło do głowy to ten sen. A może...A może to wcale nie była moja wyobraźnia. Mało prawdopodobne jest, aby Gerard z własnej woli nagle zabawiał się w tego dobrego i pomógł mi dotrzeć do pokoju bez zażądania niczego w zamian, ale...Do tej pory miałem na sobie jego delikatny dotyk, nieustannie palący w miejscach, gdzie był zmuszony złapać mnie w drodze. To wrażenie, że zaledwie kilka godzin temu byłem trzymany w silnych ramionach czerwonowłosego zalegało w moim umyśle, nie dając się wyprzeć bardziej prawdopodobnym faktom. Dlaczego niby miałby pomagać słabej istocie, którą w rzeczywistości gardzi i traktuje jak śmiecia? Prawda, byłem trochę inny od wszystkich zapatrzonych w siebie idiotów, ale ty chyba nie jest wystarczający powód. Co też ja opowiadam?! Gdyby nie to, że jakimś cudownym sposobem zostałem kilkakrotnie uratowany przed wspaniałomyślność Gerarda, umarłbym przy pierwszej lepszej okazji, a uwierzcie, że mam jeszcze dużo rzeczy do zrobienia w tym życiu. Za pewien, dłuższy czas pragnąłem założyć rodzinę, mieć dwójkę cudownych dzieci, najlepiej syna i córkę, piękną żonę u boku, mieszkać w wielkim mieście, mieć dobrą pracę, a kilka wcześniejszych lat poświęcić zabawie i całkowitemu oddaniu szaleństwu, o ile uprzednio nie zginąłbym z przedawkowania alkoholu, bądź, w najgorszym przypadku, nie został porwany przez jakiegoś szaleńca. Cóż za ironia, że akurat to się właśnie zdarzyło...Jestem do tej pory niedoszłą ofiarą wygłodniałego wampira. Wcale nie odpowiadała mi taka pozycja, toteż postanowiłem wykorzystać sytuację...
      Długo nie ustałem o własnych siłach. Przeniosłem wagę ciała na drugą stronę, aby trochę odciążyć moją ranną nogę, jednak i to nie przyniosło pożądanego efektu. Chcąc nie chcąc, musiałem z powrotem usiąść na brzegu materaca, który lekko się ugiął. Wziąłem kilka głębokich wdechów, po czym znowu spróbowałem pokonać ból, tym samym wygrywając walkę z samym sobą. Jakoś nigdy nie dawałem za wygraną, chyba że w specjalnych okazjach, kiedy ktoś był na tyle głupi, żeby ze mną zadrzeć oraz, gdy ktoś był na tyle wielki, żeby pokonać mnie za jednym mrugnięciem.
   Kątem oka dostrzegłem biały talerz na szafce nocnej zaraz obok oraz małą, niebieską karteczkę, zapisaną drobnym druczkiem. Wziąłem papier do ręki, położyłem go na kolanie, wygładzając lekko pogniecione rogi.
      "Frankie, nie wiem kiedy wrócę, ale nie nastąpi to szybko. Przygotowałem ci małe śniadanie, powinieneś coś zjeść. Wybacz, od razu uprzedzam, że nie jestem dobrym kucharzem.                                   ~Gee"
      Wytężyłem wzrok i wpatrywałem się w jedno miejsce. Czarny tusz, pisany zgrabnymi literami sprawił, że mimowolnie na moje policzki wstąpiły czerwone plamy. Pokryłem się rumieńcem, nadal nie odrywając wzroku od fragmentu kartki. "Frankie..." Naprawdę rzadko używano zdrobnienia mojego imienia, a kiedy już się to zdarzało, zazwyczaj musiałem załatwić kilka spraw dla matki, bądź sąsiadki. Do tej pory pamiętam pomarszczone dłonie starszej osoby, które prawie codziennie w niedelikatny sposób drapały policzki. Pani Peters była kobietą w podeszłym wieku. Nie widziała za dobrze, okulary również nie pomagały, dlatego poznawała ludzi za pomocą zmysłu dotyku. Była dla mnie jak rodzona babcia...Co dzień przesiadywałem w przytulnym domku w salonie przy kominku, popijając herbatkę i zapełniając puste godziny staruszki. Od śmierci męża była strasznie samotna, podobnie jak ja, dlatego myślę, że świetnie się razem zgraliśmy. Brakuje mi jej miłego głosu i przepysznych ciasteczek, których zapach rozchodził się po całej ulicy, również przez otwarte okno mojego pokoju.
      Dzięki rozmyślaniu o wypiekach nagle zaburczało mi w brzuchu. Bez zastanowienia chwyciłem porcelanowy talerzyk, biorąc pierwszą lepszą kanapkę z brzegu, lecz natychmiast odłożyłem ją na miejsce. Nie jadałem szynki od piętnastu lat, gdy po raz pierwszy zobaczyłem z czego jest robiona. Wzdrygnąłem się i odwróciłem wzrok bez zamiaru patrzenia na to paskudztwo. Na szczęście, kolejna kromka była obłożona dużą ilością sera, na co z chęcią przystałem. Prawie od razu wepchnąłem sobie spory kawałek do ust, wolno go przeżuwając. Właściwie dobrze smakował. Przywodził na myśl wieczory, spędzone z Victorem, kiedy jedliśmy tylko najprostsze rzeczy, gdyż zakres naszych umiejętności kulinarnych ledwie przekraczał poziom podstawowy. W związku z tym przeważnie zamawialiśmy pizzę, aby potem karmić się nawzajem. Pamiętałem nasze ubrania po wspólnym posiłku. Sos za nic w świecie nie chciał się sprać...Zachowałem jeszcze te wspomnienia, choć powoli blakły, gdzieś tam istniały, a ja próbowałem je zatrzymać jak najdłużej. Czas, gdy byłem bardzo blisko z Victorem był przepięknym okresem w moim życiu, natomiast już po zakończeniu cudownych, różowych miesięcy, najgorszym. Niekiedy łapałem sam siebie na gorącym uczynku... Na rozmyślaniu o moim ex chłopaku, jak byśmy żyli w teraźniejszości i wiedli wspaniałe życie tylko we dwójkę. Te noce spędzone na samotnym zapijaniu smutku, siedząc na oknie nie przyniosły ukojenia. Może na moment, kiedy to traciłem świadomość, żeby następnego dnia obudzić się z okropnym bólem głowy i jeszcze większym poczuciem winy. Jednak co było, minęło. Nie potrzebowałem zadręczać się wspomnieniami, choć robiłem to dosyć często w celu odpokutowania za swoje winy. Miałem wrażenie, że im częściej o tym myślę, tym bardziej staram się zmienić wszystkie złe rzeczy. Z całych sił pragnąłem przekształcić ten świat na lepszy, bym mógł w końcu być szczęśliwy, aczkolwiek teraz już wiem, że nie warto. Zawsze, gdzieś w ciemnościach, znajdzie się jeden taki, przeciwny zasadom i nakłoni innych do złego postępowania, tym samym skazując moją pracę na marne. Najlepiej jest zaprzestać wszelkich wysiłków, żyć i cieszyć z drobnych szczegółów, póki nie pojmiemy, że nawet śladowe ilości szczęścia kiedyś przyniosą prawdziwą radość.
      Odłożyłem talerz i powoli znów spróbowałem stanąć w pionie. Tym razem poszło o wiele sprawniej, gdyż miałem więcej sił, więc bez problemu zrobiłem jeden krok. Mimo nieznacznego bólu, poruszałem się minimalnie szybciej niż na początku. Odetchnąłem z ulgą, wiedząc, że za niedługo wyrwę się z tego przeklętego miejsca. Miałem dość obrzydliwie jasnych ścian i dziwnej pościeli, w jakiej było stanowczo za gorąco. Chociaż pora roku nie wykazywała większych odchyleń od normy, bądź co bądź już za parę tygodni miała przyjść zima, czyli najbardziej znienawidzony okres w całym roku. Biały puch pokrywał wtedy każdą część świata, jaki tak bardzo kochałem. Ulubione, opustoszałe miejsca, gdzie przychodziłem, by poświęcić kilka godzin na rozmyślania będą zatopione w sporej warstwie śniegu. Ławeczki, ziemia, drzewa oraz rośliny otulone nieskazitelną pianką nie wydają mi się już takie piękne, jak za czasów jesieni. Zwierzątka pouciekają do norek, by tam zapaść w głęboki sen, a ja zostanę całkowicie sam. Pozbawiony śpiewu ptaków, trzęsąc się z zimna i podśpiewując pod nosem znane melodie, żeby sprawić nienaganne wrażenie. Miałem nie budzić niczyich podejrzeń, udawać, że wszystko jest w porządku, natomiast potem wrócić do domu, zakopać się pod ciepłą pierzyną i najzwyczajniej płakać. Na zewnątrz przypominałem promiennego chłopca, który zawsze chętnie pomoże w potrzebie sąsiadom, niemniej rzeczywiście byłem tylko nastolatkiem z wieloma problemami...
      Miałem ochotę krzyczeć ze szczęścia, kiedy dotarłem do samych drzwi bez jednego potknięcia, lecz zaraz potem powstrzymałem chęć zrobienia z siebie jeszcze większego idioty. Prawie w ogóle nie musiałem zatrzymywać się po drodze, aby odpocząć, bądź złapać oddech. Nie wiedziałem, co czerwonowłosy dodał do tych kanapek, ale czułem się w pełni sił, jakbym dopiero co przeszedł kurację odmładzającą. W sumie to nie taki zły pomysł, zważając na fakt, iż od pewnego czasu funkcjonuje, jak własny dziadek. Czuje się, jakby przejechało po mnie kilka samochodów osobowych, strzyka mi w kręgosłupie, a schylenie się było wielkim wyczynem na skalę Franka Iero. Wampir musi nosić mnie ze schodów w dół i w górę, przygotowywać śniadanie, ponieważ nie potrafię kiwnąć nawet palcem. Zdecydowanie powinienem wziąć się za siebie, by móc wreszcie wyrwać się z tego domu. Nie wytrzymam w tym miejscu ani chwili dłużej. Jakkolwiek dziwacznie by to nie zabrzmiało, lubię spędzać czas na nieograniczonym lenistwie, jednakże wolałem przebywać z Alanem. Zdążyłem się stęsknić za wiecznie rozczochraną czupryną oraz miłym głosem. Ostatnie, co pamiętam z ostatniej imprezy było dość nietypowe, nawet jak na mojego przyjaciela. Podejrzewam, iż zbytnio go poniosło, przesadził z wyborną ilością alkoholu i pewnie zasnął w kącie pod ścianą. Sam zachowałem się nie lepiej, rezerwując miejsce w jedynej toalecie przy muszli. Przynajmniej mogłem spokojnie wyzbywać pozostałości kolacji, pomieszane z procentami, natomiast inni musieli wyjść na zewnątrz.
      Jak najprędzej opuściłem przestronne, jednak duszne pomieszczenie, zaciągając się czystym powietrzem. W małym, prostokątnym pokoiku było nieporównywalnie zimniej, aniżeli w poprzedniej lokacji. Chłód przeniknął moje ciało, dając przyjemnie uczucie orzeźwienia. Już nawet nie zwróciłem uwagi na przerażający obraz, który do tej pory wspaniale prezentował swoją klasę, wisząc na ścianie. Po prostu ominąłem malowidło bez większego zainteresowania oraz skierowałem kroki w stronę mojego uwolnienia.
      Zatrzymałem się przy najwyższym stopniu, z całej siły zaciskając dłonie na drewnianej poręczy, by tylko nie spaść. Miałem wrażenie, iż owe schody falują mi przed oczyma, lecz szybko pokonałem przypuszczalny strach.
      Pierwszy krok...
Okropny ból przeszył moją lewą nogę, lecz szedłem dalej, nie zważając na nic uwagi. Nawet szmery dookoła nie robiły jakiegoś specjalnego zamieszania.
      Drugi...
Było lepiej, aczkolwiek nadał odczuwałem nieprzyjemnie mrowienie. Bez przerwy brnąłem do przodu, aby jak najszybciej wydostać się z tego domu wariatów. Najpierw zamknięto mnie jak w klatce, a raczej w piwnicy, Traktowano, jak zwierze, a teraz okazują litość i wolną wolę? Mimo, iż moja duma na tym ucierpiała, postanowiłem już...Ucieknę stąd na tyle, na ile starczy mi sił. Może to nie jest najodpowiedniejsze wyjście, zważając na fakt, że przeciwnikiem w chorej grze jest o wiele silniejszy wampir, ale warto spróbować. Zrobię dosłownie wszystko, tylko chce się wydostać z tego przeklętego miejsca! Nawet, jeżeli oznacza to koniec znajomości z Gerardem...
      Trzeci i jeszcze następne...
W końcu dopiąłem swojego postanowienia, stając na ostatnim schodku. Wbrew zawrotów głowy, uśmiechnąłem się szeroko, co rzadko widywano na mojej twarzy. Bywało niewiele takich chwil, w których szczęście aż kipiało we mnie, wylewając litrami pod postacią życzliwości i miłych słów. Wtedy świat jeszcze wyglądał pięknie. Cieszyło mnie słońce, ale chmury również nie przynosiły smutku. Każdy dzień stawał się coraz to lepszy i...Już teraz wiedziałem, że muszę za wszelką cenę powstrzymać wciąż napływające wspomnienia. Zastępowałem własne argumenty innymi, jakie wydawały się być bardziej słuszne i stosowne. Nie dopuszczałem do tego, aby obudzić stare emocje, bezustannie rozdrapywać rany, które bolały tak nadzwyczaj mocno...Stop, Frank...
      Wziąłem głęboki, porządny wdech i ze świstem wypuściłem powietrze z ust. Jeszcze przez kilka chwil stałem, najzwyczajniej w świecie rozglądając się wokół siebie, lecz gdy zobaczyłem niewielką szafeczkę przy ścianie, od razu rozpocząłem przy niej majstrować. Z łatwością dało się zgadnąć, była bardzo dobrze zamknięta. Nie zauważyłem ani jednej szparki, pomiędzy podstawową częścią, a szufladką. Dodatkowo mały zameczek na przodzie zdobiła niewielka, srebrna kłódeczka. Ktoś mógłby stwierdzić, iż owy przedmiot jest tylko nic nie znaczącą ozdobą, jednak mnie nie tak łatwo oszukać. Może, wraz z resztą, pełnił funkcję przystrojenia pustego przedpokoju, niemniej od początku spostrzegłem brak kluczyka w najbliższej okolicy. Przecież właściciel domu nie ukrywał by go, gdyby nie był bardzo dla niego ważny. Najpewniej nie o sam klucz chodziło, lecz o zawartość skrytki. To oczywiste, umyślnie umieszczając ją na widocznym dla każdego miejscu, mężczyzna miał nadzieję, iż nikt nie wpadnie na pomysł o odnalezieniu niby ukrytej, cennej rzeczy. Niestety, pech chciał, że byłem nad wyraz dociekliwy w tego typu sprawach, plus miałem niemałą przewagę. Dokładnie wiedziałem czego szukam z zamiarem znalezienia mojej własności.
      Popatrzyłem na pozostałe półki, sięgając po bardzo cienki drucik z tej średniej. Z racji, że kłódka była naprawdę mała, musiałem użyć czegoś odpowiedniego, a to wydawało się być najlepszym rozwiązaniem. Ukląkłem obok szafki na jednym kolanie i przymrużyłem oczy. Powstrzymałem drżenie ręki, starając idealnie wycelować w prawie niewidoczną dziurkę. Poruszyłem niespokojnie dłonią, aż w końcu metalowe coś znalazło się w środku zamka. Kręciłem nim na wszystkie strony, otwierając dziwacznie usta. Byłem jak profesjonalista na tych szpiegowskich filmach, gdzie agent musiał rozbroić bombę w niecałe dziesięć sekund. Właśnie tak teraz się czułem. Co więcej, świadomość, że zaraz może wpaść tutaj wygłodniały wampir dostarczał przyjemnego dreszczyku emocji.
      Po kilku nieudanych próbach moje zirytowanie sięgnęło ostatecznej granicy i po prostu zamachnąłem ręką w tą idiotyczną szafkę. Miałem świadomość, iż później będę żałował niniejszego czynu, a odpłaci się to pod postacią okropnego bólu, bądź skręcenia nadgarstka, ale kara musi być. Nie popuszczę tak łatwo temu kretyńskiemu ustrojstwu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zamiast cierpienia, poczułem niewysłowioną ulgę oraz radość. Kłódka bez problemu odpuściła, a srebrny odłamek spadł na podłogę. Miałem ochotę porządnie uderzyć się parę razy w pustą głowę, aby w końcu zacząć racjonalnie myśleć. Przecież mogłem bezproblemowo, od razu zrobić coś takiego, nawet nie używając własnej dłoni, tylko na przykład parasola, który stał tuż obok przy wejściu...
      Oparłem łokcie na brzegach szuflady, jedną ręką przewracając znajdujące się w niej papiery. Niepotrzebną większość wyrzuciłem an podłogę, licząc, że potem będę miał ochotę je pozbierać. Przebierałem w stosie białych, zapisanych oraz pustych kartek, pobieżnie przeglądając ich zawartość. Większość stanowiła różne rachunki, bądź niezrozumiałe dla mnie zapiski. Podejrzewam, iż były stworzone w zupełnie innym języku, niż te, które dotychczas poznałem. Z każdą kolejną chwilą wokół mnie tworzyła się pokaźna kupka przeróżnych skrawków fragmentów listów, lub tym podobnych, lecz po telefonie nie został nawet maleńki ślad. Postanowiłem szperać dalej w rzeczach osobistych Gerarda, póki zaszło coś, czego najbardziej się obawiałem.
      W tej samej chwili, kiedy opróżniłem zawartość szafki do końca, usłyszałem głośne pukanie do drzwi, jakie sprawiło, że aż podskoczyłem na swoim miejscu. Spojrzałem przerażony w stronę wyjścia, szybko wstawiając z klęczek. W pośpiechu pozbierałem część papierów, a resztę wsunąłem pod dywan, zatrzaskując szufladę. Po kilku sekundach znów rozległo się potężne uderzenie.
      Podbiegłem do źródła, budzącego grozę jak z horrorów, dźwięku i przyłożyłem czoło do drewnianej powierzchni. Dysząc ciężko, moje serce pracowało na najwyższych obrotach, a pot lał się litrami po plecach. Nie miałem pojęcia, co powinienem aktualnie zrobić. Z jednej strony chęć otwarcia oraz czyta ciekawość brały górę, niemniej zawsze na szarym końcu pozostawała świadomość, iż na zewnątrz czai się niebezpieczeństwo. Co jeśli tam stoi ktoś inny, aniżeli Gerard i chce mnie zabić? Chwila...Przecież to takie niedorzeczne. Prawdziwy morderca wskoczyłby przez okno, bądź dach, a nie uprzejmie pukał, zadając miłe pytanie: "Przepraszam, czy mogę szanownego pana zabić?"
      W domu rozległo się powtórne pukanie, jednak tym razem nie dobiegło ono końca. Jednym, szybkim ruchem otworzyłem zamaszyście drzwi i ujrzałem w nich...

5 komentarzy:

  1. O jezu to był Gerard! To był Gerard! Gerard, prawda? O matko, albo ktoś inny, w sumie Gerard niby nieprędko miał wrócić. Albo wrócil wcześniej, może kłamał. Albo to nie on i Frankowi coś się stanie, no normalnie nie wiem sama, na co się zdecydować, mam tyle opcji w głowie i zastanawiam się, którą wybierzesz. Nie przerywa się w takim momencie noooooo to podpada pod tortury!
    Nie chcesz może dodać następnego tak za, hm, minutę?
    please?
    pretty please?
    http://alsemera.livejournal.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz, że zabiłabym ciebie, gdybym nie wiedziała kto to? Nie lubię żyć w niepewności, choćby miałaby być ona zła XDDD Wyobraziłam sobie franka wrzucającego wszystko pod dywan i ... zaczęłam się śmiać XD Dobra, koniec tej sielanki, niech on tego Gerada właduje do łózka czy w fotel i ja chcę hot sceny w ich wydaniu jakieś XD <3

    :: red like a blood & just forgive me ::

    OdpowiedzUsuń
  3. "Przepraszam, czy mogę szanownego pana zabić?" XD
    Prawdę mówiąc nie spodziewałabym się Gerarda za tymi drzwiami...Chcę wiedzieć!!! Muszę wiedzieć! Jak najszybciej!

    OdpowiedzUsuń
  4. huhu dziękuja za dedykacje <3 hah jego kuszący głos jak to przeczytałam wyobraziłam sobie śmiech gee.... serio kuszący :d
    nie nie nie jak za drzwiami bd gee to zorientuje się że papieru są pod dywanem szafka jest rozpiepszona i bd jazda... bd. Źle bd baaardzo źle. Ale jak to bd. Ten drugi to go zabije albo zgwałci nie wieeem.. W każdym razie może uda się franiowi uciec gee przyjdzie franio się rozbeczy a no pociesznie gee ten tego wiesz cooo <3 weeeeenyyy byłabyś tak miła i dodałabyś szybciej xoxo :3

    OdpowiedzUsuń
  5. O BOŻE, TO PEWNIE JEST TEN GOŚCIU, KTÓRY CHCĘ ZABIĆ FRANIA, OMG, PO CO TT TO OTWIERAŁEŚ, TY IDIOTO! ;__; Choć jeśli to Gerard to jestem bardzobardzobardzo szczęśliwa i tryska ze mnie szczęście *_____* No po prostu nie wiem, co powiedzieć, tak mnie ten rozdział zafascynował :o Piękne, dawaj kolejny <3

    OdpowiedzUsuń