piątek, 1 marca 2013

Rozdział 12

No siemano :D W końcu wróciłam, tylko, że...Tak...Niezrozumiale. Przynajmniej dla mnie rozdział poniżej nie jest zbyt zrozumiały, a pisałam to z takim zapałem...No cóż, najwyraźniej przy braku weny wychodzą lepsze rozdziały. no dobra, koniec gadania i zapraszam do czytania :D (looool! xD Zrymowałam xD)
Rozdział dedykowany dla Thalii za tak długi kom, który mi pomógł ogarnąć co nieco na blogu xD Soł, mam nadzieję, że lepiej widać i...Liczę, że zrozumiesz ten rozdział, chociaż nic nie obiecuję...
Enjoy!

SHOT NA BEAUTIFUL CHAOS!
_______________________________________________

[Frank]


     Strach...To paraliżujące uczucie, które zawładnęło moim ciałem zdawało nie posiadać końca. Wnikało w głąb komórek, nerwów, powodując niemożność kiwnięcia palcem. Porażenie całego ciała wciąż postępowało w zastraszającym tempie, niczym śmiertelna choroba. Nie potrafiłem wydusić słowa, mrugnąć powieką...Kompletnie nic. Pragnąłem cokolwiek powiedzieć, choćby to, jak bardzo w obecnej chwili się bałem. Ale nie własnej śmierci, ani jakiejkolwiek krzywdy. Wiedziałem, jeżeli coś jest tutaj w lesie, nie odpuści łatwo, a najprawdopodobniej w ogóle będzie chciało nas zabić. Brutalnie...Z litrami tryskającej krwi...A co jeżeli Gerard poważnie ucierpi? Co będzie, kiedy zostanę sam, jak zazwyczaj, pogrążony w ogromnej rozpaczy? Klęcząc oraz płacząc nad ciałem osoby, którą...Kochałem? Nie mam pojęcia, czy określiłem to dobrym słowem, ponieważ jako bardzo młody chłopak tak naprawdę nie znałem dokładnego znaczenia słowa "kocham". W wyższym stopniu doświadczony był czerwonowłosy, lecz on nigdy nie nazwałby mnie swoim kochankiem. Nie zważając na wiele rzeczy, jakie nas łączyły, na cokolwiek innego jestem pewny, iż wampir potrafi czuć, tylko maskuje to pod grubą warstwą nienawiści oraz bezwzględności. Niemalże identycznie przekonany byłem o tym, iż mnie nie da się darzyć innych uczuciem, aniżeli przyjaźń. Słyszałem o sobie wiele interesujących historii i żadna z nich nie należała do pochlebnych. Wiele razy krytykowano mój charakter, metody ubierania się, sposób prowadzenia własnego życia...Nieskończona ilość dni kojarzyła się z bólem, mocnymi ciosami oraz poczuciem winy za swoje racje. Wszystko, co robiłem w tamtych czasach usilnie próbowałem zmienić, dostosować do reszty szkolnego społeczeństwa, by tylko zostawiono mnie w spokoju, aż pewnego dnia, siedząc na starej ławce zrozumiałem jedną, ważną rzecz. Po co zmieniać, być podobnym do innych, pustych ludzi, kiedy można pozostać sobą. Bezpośrednio cieszyć się każdym dniem, nie przejmować niczym, doceniać wartość piękna. Byłem wrażliwym chłopcem, jednak nie biegłem z każdą błahostką do mamy. Smutek i rozżalenie starałem chować w najgłębszym zakamarku umysłu, aby nie wydostało się na zewnątrz. Byłem szczęśliwym dzieckiem, lecz nie szpanowałem jakimkolwiek chlubnym, wydarzeniem. Wolałem zachować w tajemnicy chwilę sławy i napawać zwycięstwem dla samego siebie. Byłem po prostu Frankiem Iero, dokładnie takim zostałem do tej pory.
      Tak intensywnie z wielkim strachem myślałem o tym, co może za moment nastąpić, że nawet nie spostrzegłem, kiedy mężczyzna podciągnął mnie silnymi ramionami do góry i wydał polecenie, jakiego nie dane było mi usłyszeć. Natychmiast stanąłem na nogach, aczkolwiek bez cienia równowagi, toteż dodatkowo dzięki mokrawej trawie oraz śliskim podeszwom butów, runąłem w przód. Chyba nie muszę mówić, w jakim tempie moje serce znalazło się tuż pod gardłem, a tęczówki przysłoniły powieki, rozprowadzając nieprzeniknioną ciemność dookoła, mimo, że bez tego było tutaj wystarczająco mroczno.
-Szybko, stań za mną i się nie ruszaj.-wyszeptał mężczyzna prawie niesłyszalnie, mocno ściskając moje prawe ramię. Dopiero po chwili mogłem spokojnie ocenić całą sytuację oraz szczęśliwy fakt, że jeszcze żyje...Tak, dokładnie. Stałem sobie spokojnie na środku polanki, kompletnie zdezorientowany oraz niezdolny do wykonania jakiejkolwiek czynności, prócz płytkich, nieregularnych oddechów. Poza donośnym graniem świerszczy nie byłem w stanie usłyszeć nic więcej, niemniej Gee starał się uważnie analizować nawet najmniejszy szmer, dochodzący zza gęstwin drzew. Niespecjalnie zdziwiło mnie jego zachowanie, ponieważ czerwonowłosy przeważnie nie ratował fajtłap z opałów, jednak ja stanowiłem dla niego mały wyjątek, gdyż w pewnym sensie...Mieszkałem z nim i wymuszono na mnie posłuszeństwo, co jeszcze nie oznacza całkowitej przynależności do tego mężczyzny. Mimo, że stanowiło to największe marzenie... Choćbym nie wiem jak bardzo pragnął, nie potrafię wpłynąć na czyjąś decyzje, a tym bardziej postanowienia wampira, które z pewnością były bardzo ważne. W końcu decyzja na posiadanie partnera jest ważna i szczera dopiero wtedy, gdy się kogoś kocha naprawdę mocno i jest gotowym złamać dla niego wszelkie prawa, byle tylko oboje mogli zaznać szczęścia. Kiedy pragnie się co dzień budzić i zasypiać przy swoim kochanku, sprawiać mu przyjemność na wszelkie możliwe sposoby, nie żądając niczego w zamian, jednakże zaangażowanie musi być po obu stronach, inaczej ze związku tego nie wyniknie nic dobrego. Człowiek nie może żyć, nie wiedząc, po co, ani dla kogo to dokładnie robi. Musi obrać pewien cel i dążyć do niego nawet za największą cenę. Powinien do pewnego wieku znaleźć wybrankę swego serca i spędzić z nią czas do ostatniego oddechu, bez kłamstw, bez zdrad, ale chyba takie rzeczy dzieją się jedynie w bajkach. Ja jeszcze nie znalazłem odpowiedniej osoby, a przynajmniej takie posiadałem wrażenie. Według Alana najważniejszym priorytetem było nie ufanie nikomu, bo wiedział, że jeśli to się stanie, będzie już po nim. Poniekąd starałem się zawsze kurczowo trzymać tych rad, bojąc, że zatracę samego siebie w drugiej osobie, która potem bez żadnych skrupułów wykorzysta moje oddanie i odejdzie, nie oglądając za siebie. Jednak przy Gerardzie nie potrafiłem zachować zdrowego rozsądku. Dawałem ponieść się emocjom, nie patrząc na jutro, nie przejmując wczoraj. Istniały tylko te przyjemne chwile, spędzone w jego towarzystwie na zwykłej rozmowie, bądź milczeniu. Zbawcza cisza nieraz wyrażała więcej, niż niejedno wypowiedziane zdanie. Mogłem nawet śmiało, bez cienia wątpliwości stwierdzić, iż dla mnie i czerwonowłosego wystarczyło jedno spojrzenie, aby dokładnie wiedzieć, co maskuje z pozory niewinna, spokojna mina. On potrafił w kilka sekund wniknąć w głąb moje duszy, poznać niektóre sekrety oraz tajemnice, kryjące w ciemnych zakamarkach, a nawet rozgryźć dręczące problemy, z kolei ja miałem wyuczone na pamięć jego gesty, ruchy, jakie symbolizowały określone uczucia. Zdenerwowanie mężczyzny nigdy nie uchodziło mojej uwadze, zawsze dokładnie wypytywałem o miniony dzień i ciekawe wydarzenia, a na dodatek z całych sił starałem się mu pomóc w rozwiązaniu trudnych spraw, na które kompletnie nie znałem odpowiedzi. Czy to właśnie nosi nazwę udanego związku? Ze strony naiwnego licealisty pewnie tak, ponieważ myśli, że jest bezgranicznie zakochany w kilkuwiekowym wampirze i nie ma pojęcia, czy on odwzajemnia długo skrywaną miłość. Oczywiście, podstawowym elementem takiej telenoweli jest fakt, iż główny bohater obawia się wyznać miłości drugiemu, przez co nigdy nie pozna prawdy. Dokładnie...
      Dlaczego moje życie musi być właśnie tą pieprzoną telenowelą?!
-Zachowaj spokój, stój prosto, chwyć moją rękę i niczego się nie bój, dobrze?-wymamrotał na jednym wydechu, wciąż nie zwracając na mnie swojego głębokiego spojrzenia. Przez ten cały czas był zapatrzony w ciemność, zapewne chcąc odszukać choćby najmniejszych żywych istot, które rzeczywiście mogły stanowić dla nas zagrożenie. Co jak co, ale w jego sokoli wzrok nie wątpiłem nigdy. Potrafił zobaczyć wszystko, jednak tym razem wyczuwałem, że coś nie jest w porządku. To samo wisiało w powietrzu, podsuwało pod nos przeróżne teorie, tylko nie tę trafną.
-Co to było?-posłusznie złapałem jego dłoń. Była taka zimna i delikatna...Wręcz idealna, aby znów przywróciła mnie do świata żywych. Szybko odwróciłem głowę za siebie, by utrzymać podzielną uwagę. Mimo większych zdolności mężczyzny nie jestem aż tak kiepski w pomaganiu. Być może niekiedy coś potłukę, lub wywrócę, ale to jeszcze nie jest wystarczający powód, by nazywać mnie ofermą. No, nie licząc sytuacji, kiedy mam za śliskie ręce, albo gdy sznurówki buta nieco się poluzują, czyli prawie zawsze...
-Ćśśś...-gestem nakazał ciszę, układając palec wskazujący na moich ustach. W tej chwili tak bardzo zapragnąłem pocałować go czule i delikatnie, tak, aby czerwonowłosy zrozumiał, co od dawna zaprząta mi głowę. W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach miałem pewność, iż to właśnie on należy do mojego serca od zawsze, tylko los musiał jeszcze nas ze sobą spotkać i połączyć. Jak wcześniej byłem odrobinę przybity po zadaniu trudnych pytań na temat przeszłości, których ciężar był troszkę za wielki, jak na barki zaledwie osiemnastoletniego chłopca i przygniatał go swoją masą, tak teraz kompletnie o tym zapomniałem. Może pod wpływem stresu i strachu, lub po prostu jego obecność działała na zszargane nerwy, kojąc je jedwabistym balsamem złożonym z jego niesamowitego głosu oraz jedwabistego dotyku.
-Znów się spotykamy, Way.-szyderczy głos dobiegł, jakby z oddali, jednak potrafiłem wyczuć go, jak bardzo jest blisko. Z pozoru nijakie słowa zatarły już ślad w mojej głowie i powoli rozpoznawałem jego właściciela, jednak zdobycie dokładnych informacji przy takich warunkach raczej graniczyło z cudem. Echo powtórzyło jeszcze kilka razy te same, złowrogie zdanie z identycznym jadem oraz kpiną. Zadrżałem, mocniej przylegając do pleców mężczyzny. Dopiero teraz, wraz z podmuchem silnego wiatru doświadczyłem zimna, jakie biło od czarnej, skórzanej kurtki, lecz mimo to nie odsunąłem się nawet na milimetr. Cała odwaga i chęć zamordowania każdego, kto tylko tknie najmniejszym palcem Gerarda gdzieś prysła, pozostawiając po sobie uczucie paraliżującego strachu, którego tak często doświadczałem. W towarzystwie wampirów moje serce było narażone na dodatkowy stres, niesprzyjający racjonalnemu myśleniu, a co dopiero podjęciu sensownych kroków, przeanalizowanych tak, aby nikt nie ucierpiał. Nawet jeśli to Gee obmyślał plany zemsty, zagłady, ucieczki, czy czegoś jeszcze to pod żadnym pozorem nie mogłem pozwolić by otrzymał jakiekolwiek rany przez ratowanie mnie z kłopotów. Bo jakby na to spojrzeć to właśnie ja byłem powodem wszystkich złych rzeczy, jakie spotkały nas oboje w przeciągu krótkiego czasu. Nie wiedziałem nic o życiu prowadzonym przez mężczyznę wcześniej, aczkolwiek mogę się łatwo domyślić, że było ono o wiele lepsze. Ciągłe udawanie, że polubił kogoś z tak trudnym charakterem choć odrobinkę jest niesamowicie męczące. Nie chciałem, aby kłamał mi w żywe oczy, iż jednak nagle zapragnął, abym u niego mieszkał i spędzał czas z wiecznym samotnikiem, ponieważ wiem, o co tak naprawdę chodzi. Przechowuje mnie u siebie tylko po to, bym nie wydał go władzom, lub nie sprowadził jeszcze większych problemów, niż dotychczas, a żyję z jednego prostego powodu...
-Widzę, że masz ze sobą tego...No...Jak mu tam?-zapytał, wyraźnie świetnie się bawiąc.
-Iero...Frank.-wtrącił drugi głos, który o dziwo nie należał do Gerarda. Poza nim i oczywistymi osobami z rodziny nikt więcej nie znał mojego imienia, a tym bardziej nazwiska. Zawsze było pomijane, gardzone przez wszystkich, żadna osoba ani ze szkoły, ani z ulicy nie śmiała wypowiedzieć tak obrzydliwych słów jak "Frank Iero", gdyż mogłaby dostać za to porządną nauczkę...Od moich bardzo umięśnionych przyjaciół, którzy niezwykle cenili swoje zasady, a w podpunkcie numer jeden widniało "Należy lekceważyć cioty i pedałów, ewentualnie dla rozrywki traktować ich jak dywaniki pod brudne buty." Właśnie dlatego byłem słabo rozpoznawalny na korytarzach, a dodatkowo stale, znacznie za długa grzywka oraz czarny kaptur mocno naciągnięty na głowę dawały mi pewnego rodzaju maskę, otoczkę, za którą mogłem się spokojnie schować i każdego dnia wyjść z tego przeklętego budynku z nikłymi obrażeniami. Oczywiście zupełnie inna sytuacja zaistniała, gdy przypadkowo skręciłem nie w tę uliczkę co trzeba, bądź kiedy wszedłem do toalety w złym, bardzo nieodpowiednim momencie...
-Frankie...-szybko wyrzuciłem z umysłu niezbyt przyjemne wspomnienia z drugiej klasy liceum, jaką niedawno zacząłem i prawdopodobne jest, że nie dane będzie mi jej skończyć, z powrotem skupiając uwagę na Gerardzie.-Posłuchaj mnie uważnie. Biegnij jak najszybciej potrafisz do domu...Wiesz już którędy prowadzi droga, dasz radę. Choćby nie wiem jakie padły tutaj słowa, nie zatrzymuj się, rozumiesz?-niemrawo skinąłem głową na znak potwierdzenia, iż dokładnie usłyszałem, co do mnie powiedział, lecz nie było to dla niego wystarczającą odpowiedzią.-Słyszysz mnie?-trzema palcami złapał mój podbródek, tym samym zmuszając abym w końcu skierował na niego spojrzenie, które uprzednio wędrowało po zwisających konarach drzew, trawie, podniszczonych trampkach, tylko nie mężczyźnie.-Na mój znak...-ucałował przelotnie moją dłoń, pozostawiając na niej to wspaniałe uczucie jego delikatnych, różowiutkich ust. Zaledwie kilka minut temu muskały one moje własne a taką pasją i oddaniem, jakby od tego pocałunku miały zależeć losy całego świata. Robił to z ogromnym zaangażowaniem, wkładał tyle uczucia, a mnie po prostu zalewała nieopisana radość. Całkowicie oddawałem się mu pod władanie, byłem posłuszny, choć gdybym wyraźnie powiedział, że tego nie chce, przestałby. Tylko dlaczego moje wcześniejsze myśli zostały tak wrogo nastawione do Gerarda? Wręcz miałem pewność, iż wykorzystuje naiwność nastolatka dla własnych korzyści, ale teraz...Teraz coś we mnie pękło, pozwoliłem wyjrzeć niecodziennym emocjom na światło dzienne i od tamtego czasu męczy mnie jedno pytanie. Czy cokolwiek dobrego z tego wyniknie?
-Gotowy?
-Tak.-odparłem twardo, z ledwością powstrzymując słonawe krople, cisnące mi się do oczu. Nie zamierzałem płakać. Nie teraz, nie tutaj. Poprzez łzy pokazałbym jak bardzo w tej chwili jestem przerażony, podłamany psychicznie, akurat, kiedy muszę być silny i nieugięty. I zrobię to, bez względu na wszystko, jedynie dla Gee...
-Witajcie, panowie.-zwrócił się w stronę dwójki mężczyzn, których zarysy były dla mnie ledwie widoczne na tle ciemnego lasu. Poprzez zadziwiający ruch, jaki wykonał, aby jednocześnie patrzeć na mnie oraz na postacie jego włosy zafalowały w powietrzu, jakby żyły swoim własnym życiem. Idealnej długości, proste, lekko poplątane wiatrem, czerwone kosmyki kaskadowo opadły na nienaturalnie bladą twarz, jednocześnie odcinając dostęp do nadzwyczajnych oczu mężczyzny. Przekląłem w duchu za to, że nie będę mógł przez nieznany okres czasu zatapiać swojego spojrzenia w zielonych tęczówkach mężczyzny, jednakże dłużej zastanawiając nad tym byłem wdzięczny, że jednak zasłonił piorunujący wzrok pod czerwonym 'wodospadem'. Przez moje zapatrzenie oraz nieuwagę, a zarazem przeoczenie sygnału dozwalającego ucieczkę moglibyśmy oboje na tym niechybnie ucierpieć.-Cóż was sprowadza na tereny, które są zarezerwowane tylko dla mnie i dodatkowo znajdują się w obszarach należących do mnie? Wiecie, zakłóciliście mój prywatny spokój...-ten lód zawarty w wypowiedzi Gerarda dawał bezwzględny dowód, iż mężczyzna miał ochotę dodać jeszcze kilka niekoniecznie miłych słów, ale postanowił powstrzymać nerwy, przynajmniej do czau, do kiedy ostrzejsze zdania będą konieczne. Na razie tylko oczarował ich swoim powalającym uśmiechem, wyginając aksamitne wargi w złośliwym półuśmieszku. Oboje doskonale wiedzieliśmy, że takim zachowaniem jeszcze bardziej prowokuje dwójkę nieznanych mi osobników do wszczęcia awantury większej, niźli potrzeba. Dokładnie tak jak przewidziałem, postać natychmiastowo ukazała swoje oblicze, wychodząc z grobowych ciemności. Irracjonalny niepokój małymi kroczkami wkradał się do mojej głowy, zastępując widok cudownej polanki makabrycznymi obrazami, jakie chwilowo zamąciły logiczne myślenie. Wizja czerwonowłosego, pogrążonego w otchłani szkarłatnej krwi, niezagojonych ran oraz koszmarnych obrażeń po chwili całkowicie zakryła moje pole widzenia. Wyobrażenia związane z ustronnym miejscem, gdzie człowiek może przyjść, odpocząć i spokojnie przemyśleć kilka naprawdę ważnych spraw, trapiących go od jakiegoś ustalonego tygodnia diametralnie zamieniły się w coś, czego nie chciałem do siebie dopuścić. Jeżeli strach przejąłby nade mną kontrolę nasz misterny, zaplanowany co do najmniejszego szczególiku z pewnością by nie wypalił.
-Co tak oficjalnie, Poison? Przywitaj się normalnie ze starym kumplem!-do moich uszu dotarł koszmarny śmiech któregoś z mężczyzn. Poznawałem go...Tak, już kiedyś miałem okazję usłyszeć ten głos, jedyny taki, przepełniony nutką ironii, ale też okropną niechęcią, bijącą od czarnowłosego na kilometr. Ledwie wyczuwalna śmiałość oraz zabawność, dzięki której naiwnie myślał, że każdy go kocha w jakiś dziwny sposób odrzucała, ale z pewnością przyciągała niektórych łatwowiernych. Zarysy postaci, nieco lepiej widoczne prezentowały mężczyznę o potężnej budowie, wręcz białeh cerze oraz oczach, w których widniała wyłącznie pustka. Dziki blask skrywał się na brzegach równie ciemnych tęczówek, co reszta jego ubioru, a bojowa postawa, jaką przyjął zaraz po wyłonieniu z cienia świadczyła o niezbyt przyjaznym nastawieniu. Mark...Tuż za nim po chwili pojawił się inny chłopak, wyglądający bardziej na nastolatka, niż dorosłego osobnika. Miał długie, falowane włosy, zasłaniające ponad połowę kredowej twarzy. Wręcz anorektycznie chude ręce zostały przykryte grubym płaszczem, splamionym gdzieniegdzie krwią. Oboje, zwarci i gotowi do ataku w każdym momencie w istocie wyglądali przerażająco. Piękne istoty, ubrane tak, by każdy element ich ciała został dokładnie zasłonięty pod luźnym materiałem. Nieśmiertelne wampiry, marzące jedynie o wbiciu ostrych zębów w gorącą tętnicę...Zabójcy, którzy nie znali litości.
-Dobrze zatem, jeśli przyszliście tutaj tylko na pogawędkę, myślę, że Frank nie będzie potrzebny do naszych nad inteligentnych wymian poglądów.-oznajmił ze stoickim spokojem, ostrożnie dobierając słowa, przez co wypadł, jakby urwał się ze średniowiecza i absolutnie przypadkiem trafił do New Jersey. Zabolało...Czyżby mężczyzna uważał, iż jestem mało inteligentny, by uczestniczyć w rozmowie pomiędzy Markiem, a nim i tym drugim chłopakiem? Sądząc po poprzednich doświadczeniach z kilkoma wampirami faktycznie wiedzieli wiele więcej, ale tylko za sprawą ich wieku. Mógłbym przysiąc, że każdy z tej trójki, która znajduje się zaledwie kilka metrów naprzeciw nas posiada grubo ponad tysiąc lat i z pewnością zaznali sporo rzeczy, o jakich ja nie miałem zielonego pojęcia, aczkolwiek nie byłem na tyle głupi, żeby nie wiedzieć, iż czerwonowłosy mówi to dla mojego bezpieczeństwa. W mało podejrzliwy sposób chciał usunąć mnie z pola konfrontacji, by swobodnie móc oczyścić swoje tereny z intruzów, nie musząc martwić o ludzką istotę. Podczas nadzwyczaj możliwej bitwy, dodatkowo znając rzadkie przypływy szczęścia po kilku minutach któryś z nich urządziłby sobie przepyszną kolację z krwi jedynego obecnego człowieka, choć wcale nie uważam, że jest ona jakaś przepyszna. Wiele razy próbowałem wziąć do ust bodajże kroplę gęstego płynu, jednak na widok czerwonej cieczy od razy zbierało mi się na wymioty. Tego typu sprawy nie były moją mocną stroną, a brakiem tolerancji do wypadających jelit przekreśliłem ówczesne marzenia rodziców o synu, studiującym medycynę. Sam zapach szpitala wywoływał stan silnego odurzenia wszystkimi specyfikami, jakimi próbowano oczyścić to miejsce z wszelkich zarazków i bakterii, dlatego usiłowałem chorować najmniej, na ile to możliwe
      Porywisty podmuch wiatru po raz kolejny zerwał pozostałe liście z samych czubków drzew, omiatając nimi najbliższą okolicę. Ołowiane chmury przysłoniły fragment księżyca i zatopiły polanę w jeszcze większym mroku, niż poprzednio. Ptaki, pomimo, że było ich niewiele, ucichły, pogrążając całe otoczenie w kompletnej ciszy, jaką miałem śmiałość przerwać. W przeciągu niecałych paru sekund sielankowa atmosfera trochę zgęstniała, powodując napięcie większości mięśni. Od ostatnich słów Gerarda przygotowałem się do możliwej, prędkiej ucieczki na jego znak, aczkolwiek szmery oraz odgłosy pochodzące zza gęstwin co rusz mnie rozpraszały, skupiając na sobie pełną uwagę. Nie potrafiłem normalnie oddychać, zimne powietrze wpełzało pod cienką koszulkę, niczym wąż, ocierając się lodowatymi dłońmi o nagą skórę. Coś...Coś podejrzanego miało miejsce w tej chwili, lecz nie potrafiłem dokładnie tego określić. Myślę, że również czerwonowłosy wyczuwał niepokojące sygnały, jakie dawała natura w postaci nagłego oziębienia klimatu. Wraz z nadejściem jesieni pogoda wręcz przeciwnie do pory roku, była przecudowna. Słońce rozgrzewało beton na chodnikach, rośliny łapczywie pochłaniały ostatnie promienie przed przybyciem zimy. Wyłącznie pod osłoną nocy, w nieprzeniknionych ciemnościach zdarzały się rzeczy, nie mogące ujrzeć światła dziennego. Rzeczy, o jakich strach w ogóle wspominać...
-Właściwie to przyszliśmy po tego tam...-wskazał niechlujnie ręką w przód.-Bo widzisz...Normalnie nigdy bym nie chciał sprawić ci przykrości, najdroższy Gee, ale sam wiesz...Ah te rozkazy wyższych!-teatralnie zaklaskał w dłonie, robiąc przy tym nie mało hałasu, zwłaszcza w tak cichym i odosobnionym miejscu.-Także od razu przepraszam za wszelkie nieuprzejmości związane z ponowną próbą uprowadzenia twojego kochasia, ale dzisiaj już nam się nie wymknie. Bierz go, Tom, chce mieć to z głowy...-mężczyzna niedbale oparł łokieć o pobliskie drzewo, zapewne czekając, aż jego sługus wykona dane polecenie. Zdecydowanie pogubiłem się w wypowiedzi Marka. Prócz mnie i Gerarda nie było żadnych osób, na jakich mogłoby zależeć czarnowłosemu, a przecież ja nie miałem kompletnie nic wspólnego z tą zgrają wampirów. No prawie...Nie licząc małego romansu, o ile mogę to tak nazwać, z panem, którego obecnie trzymałem za rękę oraz nieudanej próby usunięcia nie całkiem chcianego gościa poprzez przekazanie mnie właśnie Markowi...Ostatecznie wdepnąłem w sam środek bagna...
-Teraz, Frank...Biegnij!-warknął, odpychając moje drobne ciało jak najdelikatniej się da. Uprzednio wysunął parę długich, białych kłów, po czym natychmiastowo natarł na przeciwnika o kręconych włosach.
      Nie miałem powodów, by dłużej się zastanawiać...
      No i pobiegłem...

10 komentarzy:

  1. Jesteś, jesteś, jesteś ♥ Kocham, kocham...

    Fajny ten rozdział. Tylko opisy nie są troszki za długie. Przyznam szczerze ,że niektórych wywodów nie chciało mi się czytać. Ale dobra. I tak to opowiadanie jest fantastyczne ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobra, siłą spokoju jest najważniejsza. Zjadło mi już dwa komentarze, ale co tam, napiszę jeszcze jeden! Jak to mówią - głupota nie boli -,- Ale whatever. Zacznę od tego co wcześniej, mianowicie:
    Awww, dziękuję za dedyk, moja droga <3 Nawet nie wiesz, jak się cieplutko na serduszku robi, kiedy człowiek czyta, ze jego paplanina pomogła w czymś drugiemu człowiekowi. Serio, cholernie miłe. ;)
    Nie wiem, dlaczego uważasz ten rozdział za niezrozumiały, ja bez problemu ogarnęłam wszystko, więc don't worry. Ponadto muszę cię pochwalić za te wspaniałe opisy uczuć. Uwielbiam je. W twoim opowiadaniu emocje, uczucia i spostrzeżenia bohaterów idealnie przeplatają się z dialogami i rzeczywistą akcją, nie pozostawiasz żadnych niedomówień, niczego, czego nie można by było sobie wyobrazić, to jest w tym piękne. A dodatkowo takie... żywe. To chyba dobre określenie.
    Co do samego rozdziału... cóż, coś tak czułam, ze tą uroczą, intymną chwilę przerwą im jakieś wredne wampirki. No ale żeby chcieć zabrać Frania? Co on takiego zrobił? Wiem, wiem, prawo is prawo, a to wampirze wydaje się by szczególnie rygorystyczne, no ale żeby Franka? Toć to przecież wzór cnót! Takie dobre, kochane, bezbronne, no dobra, fakt, chwilami zachowuje się jak Belka ze Zmierzchu, ale jest w tym taki uroczy, że grzechem byłoby mieć mu to za złe. Więc jak można chcieć go porać? No jak?! Mam tylko nadzieję, że uda mu się uciec, a Gerdu za bardzo nie ucierpi i niedługo zaserwujesz nam jakąś ostrzejszą scenkę <3
    Gdzieś w międzyczasie rzuciło mi się w oczy kilka literówek, raz miałam je nawet wypisane, ale komentarz przede mną uciekł, już nie mam siły, żeby przeglądać notkę po raz kolejny, wybacz.
    Tekst jest dużo bardziej czytelny. Przerabiając cytat Gerarda powiem "Awww, akapity" <3
    Dobra, nie gadam już, bo zaczynam pieprzyć jak połamana.
    Pozdrawiam! xoxo

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja uwielbiam twoje opisy. Jak powszechnie wiadomo, Darsia kocha długie i dobre opisy, a Twoje zdecydowanie takie są :D Pozwolisz, że pominę sobie ten rozdział, jako, że czytałam go wcześniej XDDDD Ja i leń to niezawodne połączenie od kilku tygodni, więc... chcę już tego następnego i no... 14 if you know what i mean ^_^

    OdpowiedzUsuń
  4. No w takim momencie przerywać? A już zaczynało się dziać. Co nie znaczy, że wcześniej było nudno, wręcz przeciwnie, ja kocham opisy. Ty tak pięknie opisujesz uczucia. Normalnie można się wczuć w bohatera. Zrozumieć sytuację w jakiej się znajduje i to co przeżywa...
    I wcale rozdział nie był niezrozumiały. Ja tam wszystko pojęłam. Może tylko niektóre zdania są zbyt długie. Wyłapałam jeszcze kilka literówek i brak przecinków, ale przecież nikt nie jest nieomylny a tym bardziej, że komputer w niezrozumiały dla mnie sposób zjada litery itp. Ogólnie to całość mi się podobała:)
    Mam wrażenie, że Frank strasznie szybko "odpływa" i ma bałagan w głowie. A Gerdziu jest po prostu wspaniały. To jak pocałował dłoń Frania było bardzo, bardzo urocze.:*
    Mam nadzieję, że nic się nie stanie chłopakom. A przynajmniej Gee za bardzo nie ucierpi. Gerard! Rozpruj flaki temu Tomowi! Niech zginie szuja jedna.
    Dlaczego słodkie chwile zawsze muszą być przerwane? Dlaczego Frank i Gerd nie mogą się nigdy porządnie pocałować?
    A tak w ogóle to uwielbiam twój styl pisania.
    Och, czekam na kolejny rozdział (oby był szybko).
    Pozdrawiam i WENY!

    Kathi

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie będę oryginalna mówiąc iż Twoje opisy są jednymi z najlepszych jakie czytałam. Pięknie pokazujesz uczucia Franka, w ogóle uwielbiam jego postać. Świetnie go przedstawiasz, niemal w każdym momencie pokazujesz jego cechy, emocje, w dodatki robisz to bezbłędnie :) Krótko mówiąc Kocham to opowiadanie i czekam na następny rozdział <3

    Pozdrawiam Zoombie

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. dżiizys te przemyślenia franka serio dały mi do myślenia :d kurde dodałaś rozdział o 6.45? Woow podziwiam cię :3 zazdroszczę tak cholernie ci zazdroszczę takich długicz szczerych iw gl. Pozytywnych komentarzy ale seriooo... Należą ci się c : tak się zastanawiam co ty dostajesz z wypracowań skoro tak zajebiście piszesz :) to opowiadania zaczyna przypominac mi zmierzch wampiry dom w lesie łąka na ktorej przychodza jakieś ktosie ktore chcąa zabić belle (w tym przypadku frnka ) haha loool frank jako bella masakra ale mniejsza o to bo to opowiadanie mest za dobre aby porownywac je do zmierzchu czeeekam z niecierpliwościa na kolejny rodział xoxoox - pamelaandola (podpisuje sięna wszelki wypadek bo jeszcez nie wiem czy zasie zaloguje bo jestem na komórce ;3)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  10. Co ja się będę rozpisywać... Jak zawsze zajebiste.

    OdpowiedzUsuń